BezpiecznaCiaza112023

Historia moich Aniołków

12 lata 3 miesiąc temu #503593 przez gosia28
W 2010 roku w lutym straciłam ciążę w 7 tygodniu, przeżyłam to bardzo, ale zebrałam siły i przelałam je na podjęcie walki o zajście w koleją ciążę. W międzyczasie przeszłam szereg badań i laparoskopię gdyż oczekiwania się przeciągały.
W sierpniu zeszłego roku pojechaliśmy do Częstochowy pomodlić się, by Bóg obdarzył nas dzieciątkiem, daliśmy na mszę świętą, obiecałam, że wrócę w ciąży podziękować Matce Jasnogórskiej za wstawiennictwo. Rok później byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Jeszcze przed @ zobaczyłam pozytywny wynik testu ciążowego, zaraz po tym beta, która potwierdziła ciążę, kilka dni później gin, który potwierdził prawidłowo zagnieżdżony pęcherzyk. W 6 tc. zaliczyłam szpital, niewielkie odklejenie trofoblastu, ale wszystko w porządku, pokazali mi bijące serduszko mojego dzidziusia. Wróciłam do domu. Pomyślałam, że muszę podziękować Maryji za nasz cud. Pojechaliśmy do Częstochowy. Dziękowałam i prosiłam o szczęśliwy przebieg ciąży.
Na wizycie w 8 tc. gin na monitorze pokazał mi i mężowi mega niespodziankę- drugie serduszko, miałam pod sercem dwa upragnione maleństwa, zawsze marzyliśmy o bliźniętach i wszystkim zawsze mówiliśmy, że fajnie było by je mieć, a tu takie szczęście. Mąż mój chodził dumny jak paw, wszędzie się chwalił, choć mi to trochę przeszkadzało, z lęku, bo przecież to wczesna ciąża. Od samego początku wiedzieliśmy, że będą chłopcy, takie przeczucie, mąż zawsze wracając pytał "jak tam moje chłopaki" ja na przekór mówiłam, że to dziewczynki, choć serce mówiło, że mam synków. Błogosławiłam ich znakiem krzyża każdego dnia.
W 12 tc. wróciliśmy z wieczornych odwiedzin do domu, rozbierałam się pod prysznic i wtedy zobaczyłam plamienie, wystraszyłam się bardzo, mąż od razu zadzwonił do gina- kazał natychmiast przyjechać, akurat miał dyżur w szpitalu. Okazało się, że sytuacja jest stabilna, z dzieciątkami wszystko ok. musiała pęknąć jakaś żyłka, kilka dni w szpitalu na obserwacji i dom. Kolejna wizyta u gina, wstępnie określa na nasze życzenie płeć dzieci- chłopcy, zaskoczenia nie było :) Koniec 15 tc. pobolewa mnie brzuch, dziwnie, wzięłam dodatkową tabletkę luteiny i no-spę forte. Brzuch pobolewał mnie całą noc, ale znośnie, sobota rano, całkiem nieźle, potem gorzej, telefon do gina, kazał przyjść do siebie ok.20.00 jak wróci do domu, zadzwoni do mnie. Telefon o 21.00 więc zaraz podreptałam do niego. Badanie ginekologiczne, nieco skrócona szyjka, ale na usg całkiem ok. długość 38 mm, znów zobaczyłam moje brykające dzieciaczki. Zwiększamy dawkę leków, leżymy, w środę mam znowu przyjść, chyba, że będzie się działo cokolwiek to od razu. Spokój. Środa wieczór, czekamy z mężem w poczekalni, nasza kolej, wchodzimy, ciśnienie w porządku, waga 71 kg, no tak chłopaki rosną, jest ich dwóch, kładę się do usg, dr przykłada głowicę do brzucha, Karol macha do mnie rączką...
W jednej chwili coś się dzieje, coś się ze mnie wylało... lekarz uspokaja mnie, ale ja wiem, że to koniec... znowu się wylewa, gin kazał rozebrać się, znowu chlusnęło, nie ma rozwarcia. Droga do szpitala- cisza, czuję, że mój brzuch zrobił się inny, mniejszy, nie był już taki okrąglutki... izba przyjęć, nosze i łóżko z którego długo nie wstałam, specjalne ze spadem, z nogami do góry. Pieprzone formalności, zgoda na to, zgoda na tamto, czy chorowałam, bla bla. Zawieźli mnie na usg, dzieci żyją, pobranie wymazów, krwi, sala szpitalna, kroplówki, przepłakaliśmy do 2.00 w nocy, potem mąż pojechał bo pielęgniarki go wyprosiły, nie byłam na sali sama, obok mnie dziewczyna w 34 tc. dalej druga w 12. tc.
Płakałam cały czwartek, nie jadłam, mąż mnie prosił, pielęgniarki "przecież pani jest w ciąży, pani musi jeść" nie miałam ochoty, ale przekonały mnie. Przyszedł do mnie ordynator, wziął za rękę i powiedział, że nic nie może mi powiedzieć, że sytuacja jest bardzo ciężka, wszystko zależy od tego co będzie się działo każdego dnia. Jeden bliźniak może się "wchłonąć" i przeżyje ten drugi, ale jeżeli wda się zakażenie, to będą musieli mnie ratować... zakończą ciążę... rozpacz... "czy to pewne, że nie ma możliwości, że obaj przeżyją?" odpowiedział, że wszystko w rękach Boga... Więc modliłam się do niego otwierając i zamykając oczy, dziękowałam za każdy kolejny dzień, w kościele odbywały się msze, mąż chodził na nowenny do Matki Nieustającej Pomocy, odzyskiwałam nadzieję, wiedzieliśmy, że jeśli uda nam się przeleżeć 8/9 tygodni będziemy mogli starać się o przeniesienie do kliniki, gdzie ratują takie wcześniaki. Nadszedł kolejny piątek, mąż już wrócił ze szpitala do domu, ja załatwiam fizjologiczne potrzeby na szpitalnym basenie, podcieram się i czuję coś dziwnego między nogami, dzwonię dzwonkiem szpitalnym jak oszalała, wbiegają pielęgniarki, opowiadam im, rozebrały mnie i widzę ich kiwanie głowami, wypadła pępowina. Przychodzi lekarka, wkłada palucha "pępowina nie tętni, dziecko nie żyje" jak to nie żyje, o czym ona mówi? Usg- bałam się patrzeć na ekran, lekarka pokazuje mi dzieci, powiększa serduszka, są oba bijące, żyją. Przyjechał mój mąż, trzymał mnie za rękę, nic nie mówiliśmy. Decyzja lekarki- odstawiamy kroplówkę z magnezem, włączają dodatkowe antybiotyki dożylne. Rozpacz, wiem co to oznacza- czekają na skurcze. Ale tych nie ma.
Sobota we łzach, znowu nic nie jem, nie potrafię, gapię się w sufit błędnym wzrokiem, boję się sikać, ale muszę, podcieram się i nie czuję jej. Pojawiła się radość, pomyślałam że może jednak się uda, choć iskra pojawiała się i gasła... Poniedziałek- wnieśli mnie na fotel ginekologiczny, ordynator, że sytuacja była zła po odejściu wód, a teraz z tą wypadniętą pępowiną jest jeszcze gorsza. Czekamy. Tylko nie wiem na co. Sekretarka notuje- pacjentka poinformowana o aktualnej sytuacji. Przywieźli mnie na salę. Parę godzin później znów się podcieram, czuję sznur pępowiny, dużo. Lekarka przyszła, popatrzyła, włączyła dodatkowe zabiegi higieniczne po każdym siku. Staram się pić mniej, bo to okropne jak rozbierają przy innych i myją, choć pacjentki z sąsiadujących łóżek nie były beszczelne, z resztą co chwilę to inna. Tylko ja byłam tą stałą. Wtorek, środa- koszmary nocne. Boję się czwartku, to mikołajki. Czwartek, budzę się z kolejnym koszmarem. Załatwiłam się, pielęgniarka umyła. Mąż do mnie jedzie, dziwnie się czuję, inaczej. Obok mnie łóżko puste, na drugie przyszła starsza pani na usunięcie mięśniaka. Siedzi ze swoim mężem.
Przyjechał mój mąż, przywiózł prezenty, czytam życzenia od naszej stażystki "... długiego leżenia byś w nowym roku wróciła do domu z chłopcami". Ale ja wiem, że nie wrócę. Boli mnie brzuch, skurcz... ściskam rękę mojego męża, następny, dzwonimy po pielęgniarkę, przyszła z zastrzykiem rozkurczowym, ale on nie pomaga. Robią się nie do wytrzymania, pan obok żegna swoją żonę i wychodzi. Już nie wytrzymuję. Dzwonię po pielęgniarki, mówię, że się zaczęło, zerknęły, ale mówią, że to ta pępowina, kolejny skurcz, czuję, że wychodzą nóżki, potrzeba parcia, czuję tułów i rączki. Jeszcze jedno parcie, jest główka. Pielęgniarki patrzą na zegarek 16.40. Proszę je o chrzest dla synka. Przyniosła wodę, zapytała o imię i nad szpitalnym basenem polała główkę synusia "Karolu, ja Ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". Przeżegnałyśmy się, pani z łóżka obok również... ocierała łzy.
Teraz łożysko. Bardzo boli. Wydaje mi się, że nie wytrzymam. Przyszła lekarka, pewnie dopiła kawę...
zabrali mnie na salę operacyjną, mężowi nie pozwolili wejść, pielęgniarki też inne, nie znam ich, bo nie z ginekologii. Anestezjolog przeprowadza ze mną wywiad, nie mogę wytrzymać z bólu. Lekarka chce zacząć, pielęgniarka zwraca uwagę "pani doktor, ona jeszcze rusza nogą". Zaczekała. Przed wszystkim proszę jeszcze o chrzest dla drugiego synka, to Janek mówię... ale oni nie słuchają, więc powtarzam, nikt nic nie mówi. Lekarka w końcu zadzwoniła do księdza, ten spytał czy dziecko żyje, powiedziała, że nie, więc powiedział, że nie przyjedzie, że nie chrzci się martwych dzieci. Skąd mogła wiedzieć, że nie żyje, przecież był jeszcze pod moim sercem...
wyciągnęli go i zabrali, wyskrobali i zabrali mnie na salę wybudzeń, chociaż byłam przytomna, ale anestezjolog tak kazał. Jasia nie ochrzcili...
Jakaś pielęgniarka wzięła mnie za rękę, coś powiedziała, ale nie słuchałam...
zabrali mnie na salę, gdzie cały czas leżałam, w korytarzu czekał na mnie mąż, miał czerwone oczy, wziął mnie za rękę i powiedział, że bardzo mnie kocha...
następnego dnia, którego miałam nadzieję, że się nie obudzę położyli na wolnym łóżku panią w 32 tygodniu ciąży, głaskała swój brzuch, odwróciłam się i więcej na nią nie spojrzałam.

Mama Aniołka 25.02.2010
Aniołków Karolka i Jasia 06.12.2012



Każdy z nas ma taką małą nadzieję na niemożliwe...

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #503691 przez Dorciaition
:( :( :( ...


Alanek[*] :(

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #503774 przez madziaska

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #503804 przez Mirella
:( :( :( :( :( Gosiu, płaczę razem z Tobą..........................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #503891 przez Dave
Czytałam, płakałam..... Kochana przytulam mocno :kiss: :kiss: :kiss: :kiss:



Aniołek - tak maleńki i tak ważny!

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #503962 przez Gosia27
Serce się kraje...czuję jakie mam spocone ręce...
Łzy same popłynęły....

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #503969 przez Dorciaition
Gosia28 nie napisałam nic wcześniej bo nie byłam w stanie. Wiem, że żadne słowa nie ukują Twojego bólu, ale jest mi bardzo przykro. Na pewno jeszcze wiele łez wylejesz i nie zapomnisz nigdy. Dobrze że masz wspierającego męża. Potrzebuje siebie nawzajem.

Mnie to pomagało



Alanek[*] :(

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #504125 przez angellika1
Gosiu przytulam i rycze :( to niesprawiedliwe....

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #504186 przez juleczka
Gosiu bardzo mi przykro płacze razem z tobą :( :( :(

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #505161 przez Mała
Nigdy nie zrozumiem dlaczego takie rzeczy się dzieją :(

Gosia strasznie mi przykro :kiss: :kiss: :kiss:

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #505245 przez monika1984lodz
:( :( :( :(

www.facebook.com/feelsowe1?ref=hl




[*]5.08.2009[*]
[*]9.06.2010[*]

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #505388 przez Pyśkaaaa
:(:(:( strasznie mi przykro...

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #505409 przez MoNiaaa
lzy same cisna sie do oczu :(
Gosia wiesz ze jestesmy z Toba :kiss: przytulam

http


]

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #505525 przez Agusia83
Gosia, nie wiem co mam pisac...wspolczuje Ci bardzo...to, co przezylas to najgorsza tragedia...moje slowa nie oddadza tego jak bardzo bym chciala bys sie lepiej poczula...Wiem tez, ze zaloba jest wskazana...musisz to przejsc, dobrze, ze masz przy sobie tak kochajacego i wspierajacego meza.
Podziwiam Cie za sile i odwage, ze moglas nam przedstawic historie swoich dwoch wspanailych aniolkow.
Nadal placze i nie moge pojac, ze tak okropnie rzeczy zdarzaja sie ludziom nadwszystko pragnacych dzieci.

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

12 lata 3 miesiąc temu #506216 przez beti
Aniołki kochane, spoczywajcie w spokoju!! A Bóg dzieci nienarodzone nawet nieochrzczone też przyjmie w swoje progi :kiss:

Gosiu, Tobie życzę siły i wiary w lepsze jutro... :kiss:

Prosimy zaloguj się lub zarejestruj się na forum się, aby dołączyć do rozmowy.

Moderatorzy: kasiorailona
Reklama

Bestsellery

  • Koszulka Regularna mama

    Regularna mama

  • Koszulka Brioko baby

    Brioko Baby

  • Dzienniczek ciąży

    Dzienniczek ciąży

  • Dzienniczek żywienia dziecka

    Dzienniczek żywienia

  • Dzienniczek żywienia maluszka

    Dzienniczek żywienia

Reklama

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2007-2025 ZapytajPolozna.pl